karatekyokushin.info

Karate - sztuka walki

Rozmowa z Januszem Dzięciołem, zwycięzcą programu „Big Brother"

Czterdziestosiedmioletni mężczyzna, który decyduje się na udział w reality show musi być - delikatnie mówiąc - człowiekiem szalonym. Jeśli przy tym pozwala sobie wylewać na głowę jogurt owocowy albo paraduje w kowbojskim stroju jeżdżąc na lokomotywie-zabawce, to coś z nim chyba jest nie tak. Zgodnie ze społecznym stereotypem, w wieku sempai pewnych rzeczy robić nie wypada, bo można się ośmieszyć w oczach milionów ludzi.

Jestem człowiekiem o duszy niespo­kojnej, który zawsze szukał możliwości sprawdzenia siebie w rozmaitych sytu­acjach i niewiele przejmował się tym, co na jego temat mają do powiedzenia inni ludzie. To przecież moje życie, ja ponoszę za nie odpowiedzialność. Nikt nie ma prawa mówić mi, jak mam po­stępować. Gdyby kierować się stereoty­pami i opiniami wygłaszanymi przez inne osoby na nasz temat, człowiek da­leko by nie zaszedł - nigdy nie spełnił­by swoich najskrytszych marzeń. Ot co, byłby marionetką. Mam nadzieję, że program „Big Brother” przełamał pew­ne stereotypy. Na przykład Manuela pokazała milionom ludzi, że dziewczy­na po to, by cieszyć się życiem i śmiać, wcale nie musi mieć figury i urody mo­delki. Z kolei ja udowodniłem, iż nawet mężczyzna dobiegający pięćdziesiątki może być sprawny fizycznie i odczuwać w sobie młodzieńczą, spontaniczną ra­dość. I że taki facet w przeciągu pół go­dziny potrafi w seriach wykonać pięćset pompek. To chyba niezły wynik.

Marzył sempai o zwycięstwie w domu „Wielkiego Brata”?

Każdy z uczestników na nie liczył, nawet wtedy, kiedy o tym nie mówił. Wiedziałem jednak, że moje szanse nie są wielkie, chociażby ze względu na mój wiek. Udział w programie trakto­wałem zatem jako podjęcie pewnego wyzwania. Przez dwa pierwsze miesiące w ogóle nie myślałem o wygranej i pie­niądzach, tym bardziej, że obok siebie miałem tak wspaniałych ludzi jak Ma­nuela, Gosia albo Klaudiusz. W moich obawach nie było krygowania się ani fałszywej skromności. Po prostu realnie oceniałem swoje szanse, mając świado­mość, że „Wielkiego Brata” oglądają przede wszystkim ludzie młodzi i że to oni o wszystkim będą decydować.

Początkowo kiepsko radził sobie sem­pai z adaptacją - sprawiał wrażenie mrukliwego wapniaka, który nijak nie pasuje do pełnych szalonego polotu mieszkańców sękocińskiego domu.

Przyznaję. Początki były trudne. W moim wieku, kiedy wchodzi się w no­we środowisko, to zaczyna się wszystko powoli: najpierw siada do stołu, pije herbatę, zjada ciasteczko, opowiada o domu, żonie i wszystkim, co się robi, a dopiero potem można sobie pozwolić na pewien luz. Tymczasem życie w do­mu „Wielkiego Brata” przybrało tempo od pierwszego dnia i dlatego gdzieś mi uciekło. Okazało się, że ludzie w nim mieszkający zintegrowali się wcześniej niż ja to zauważyłem. Wiele spraw mu­siałem więc nadrabiać. Poza tym bardzo tęskniłem za rodziną. Przez dwadzieścia pięć lat mojego małżeństwa nie rozsta­wałem się z żoną na dłużej niż tydzień. Było mi naprawdę ciężko. Niepokoiłem się o swoich bliskich.

A potem, podczas finału, okazało się, że za zwycięstwem sempai opowiedzia­ło się blisko cztery miliony telewidzów, o wiele więcej niż za Manuelą, o Gosi nie wspominając. Może doceniono fakt, że, w przeciwieństwie do innych miesz­kańców, nigdy nie mówił sempai, że pragnie popularności.

To prawda, że jej nie pragnę, tym bardziej, że ta popularność wydaje mi się mocno przesadzona. Zresztą z ja­kiego powodu miałbym się nią cieszyć? Czy tylko dlatego, że przez trzy miesią­ce moje życie śledziły telewizyjne ka­mery? Przecież to nonsens. Zdaję sobie z tego sprawę, więc po opuszczeniu do­mu „Wielkiego Brata” niczego nie za­mierzam zmieniać w swoim życiu. Nadal pragnę mieszkać tu gdzie miesz­kam i zajmować się tym, co robiłem do tej pory. Posiadam trzyletniego opla astrę, mam co jeść i w co się ubrać. Moja córka Kasia studiuje w Toruniu socjologię. Czego mi więcej potrzeba? Naturalnie wygrane pieniądze dają pe­wien psychiczny komfort, ale nic poza tym. Być może pozwolą mi one wyje­chać wreszcie z żoną na wakacje.

Gdzie planuje pan urlop?

W Bułgarii albo w Mielnie. Jeszcze nie wiem.

Ktoś może powiedzieć, że brak sempai ambicji. Być może, dzięki wygranej, mógłby sempai rozkręcić jakiś biznes albo w inny sposób bardziej spełnić swoje życie.

Czuję się człowiekiem spełnionym. Mam wspaniałą rodzinę, przyjaciół, pracę, którą bardzo lubię. Spełnienia życiowego nie warunkuję więc ani pie­niędzmi, ani popularnością. Przede wszystkim zależy mi na tym, aby być dobrym i uczciwym człowiekiem - po­stępować w taki sposób, żeby przed ni­kim się nie wstydzić i żeby za mnie nikt się nie wstydził.

W domu „Wielkiego Brata” przylgnę­ło do sempai określenie „Cyborg”. Chwilami odnosiłem wrażenie, że wręcz obnosi się sempai ze swoją siłą sprawnością fizyczną.

To nie ja się afiszowałem, lecz telewi­zja pokazywała moje treningi. Chociaż w pewnym sensie ma pan rację. Rozu­miałem, że nie jestem tak medialny jak Klaudiusz, Manuela albo Piotrek Gul­czyński i że muszę siebie wyrazić w inny sposób - na pewno nie poprzez usiłowa­nie przypodobania się pozostałym miesz­kańcom albo telewidzom. Nie wiedziałem jednak, w jaki sposób tego dokonać. Początkowo trochę wstydziłem się swoich ćwiczeń fizycznych, ponieważ obawiałem się, że będą one odebrane ja­ko coś nienaturalnego. Potem jednak pomyślałem, że powinienem być sobą: że skoro dbam systematycznie o sprawność fizyczną, to niby dlaczego mam porzucać treningi w domu „Wielkiego Brata”. Je­den z ineternautów, podczas rozmowy w wirtualnej kawiarence, zarzucił mi, iż sprzeniewierzyłem się jednemu z zapi­sów etyki karate kyokushin, który mówi o tym, że karateka nie może rozpo­wszechniać tej dalekowschodniej sztuki walki poza dojo (salą treningową - przyp. WS). Wyjaśniłem mu, że tym do­jo przez trzy miesiące był dla mnie dom w Sękocinie, bo przecież tylko w nim mogłem dbać o swoją sprawność. Oka­zało się, że moje ćwiczenia nie wzbudza­ją ironicznych uwag ani Wielkiego Brata, ani reszty mieszkańców. Cieszy mnie to, ponieważ karatecy nieraz są postrzegani w społeczeństwie w sposób pejoratywny. Co więcej - to Klaudiusz i Piotrek Gul­czyński namówili mnie, żebym w czasie tygodnia sportowego zrobił pokaz kara­te. Początkowo zamierzałem doskonalić kata (formy karate - przyp. WS), bo w tej dziedzinie posiadam sporo zaległo­ści. Nie mogłem jednak tego robić, po­nieważ dekoncentrowały mnie kamery.

A jak ocenia sempai sprawność pozo­stałych uczestników programu?

Różnie. Nie mogę zresztą wypowia­dać się na temat wszystkich. Manuela jest bardzo sprawna. Potrafiła zrobić trzydzieści pompek, a zresztą jej spraw­ność była widoczna podczas tygodnia sportowego w domu „Wielkiego Bra­ta”. Klaudiusz, po odejściu Gulczasa - aby odreagować stres - przebiegł pra­wie czternaście kilometrów. Następne­go dnia nie mógł chodzić, bo miał zakwasy. Trochę mnie to dziwiło, bo fa­cet grał i gra w piłkę nożną.

Sport odgrywa w życiu sempai dużą rolę. Przyznał sempai jednak, że kiedyś tak nie było; że - na przykład - nałogo­wo palii papierosy, wypalając ich sześć­dziesiąt w ciągu dnia.


Zaglądałem też do kielicha, bo daw­niej działo się tak, że bez półlitrówki człowiek nic nie mógł załatwić. Przyszedł jednak czas, kiedy zdałem sobie sprawę, że w wieku czterdziestu lat brak mi zu­pełnie kondycji, a moje stawy są „zardze­wiałe”. Zacząłem wtedy biegać. Uparłem się, że coś muszę zrobić ze swoim ciałem, bo w przeciwnym wypad­ku „zardzewieję” do reszty. Pewnego dnia zobaczyłem w telewizji pokaz aiki­do i powziąłem zamiar trenowania go. Zona, nie rozróżniając sztuk walki, po­wiedziała, że jeden z jej znajomych upra­wia aikido i może zabrać mnie na salę. To nie było jednak aikido tylko karate kyokushin i - szczerze mówiąc - czułem się tym faktem nieco onieśmielony. Pod­szedłem jednak do instruktora i zaczą­łem wyjaśniać, że kiepsko ze mną, bo właściwie do wykonywania większego wysiłku fizycznego nie mam predyspo­zycji. Sensei Janusz Kalamarski, wspa­niały człowiek, który prowadzi treningi w Grudziądzu, uspokoił mnie jednak. Powiedział, że mogę ćwiczyć tak, jak potrafię i że nikt do niczego nie będzie mnie zmuszał. Obawiałem się również tego, że młodzi karatecy mogą mnie, starego faceta, wyśmiewać. Nic takiego nie miało miejsca. Spotkałem się z wielką życzliwością. Notabene z gru­py, z którą przed laty zaczynałem upra­wiać karate, pozostałem tylko ja. Reszta albo się znudziła treningami, al­bo uznała, iż ma ważniejsze zajęcia. By­łem ogromnie zadowolony, kiedy zaraz po wyjściu z domu „Wielkiego Brata” witali mnie moi przyjaciele w kimo­nach. Poryczałem się wtedy. Karate ky­okushin uprawiam od siedmiu lat i będę robił to nadal. Zawdzięczam tej dyscyplinie nie tylko swoją sprawność i siłę, lecz także to, że w trudnych, stre­sowych sytuacjach potrafię radzić sobie ze swoją słabością. Moje zaangażowa­nie w treningi jest systematyczne. Ma­rzę teraz, żeby zdobyć brązowy pas. Wiem jednak, iż wszystko wymaga pra­cy i cierpliwości. W sztuce kyokushin nic nie ma za darmo. Fakt, że posiadam obecnie zielony pas, uważam zresztą za swój wielki sukces.

Jednak karate to nie jedyna sportowa pasja w życiu sempai.


Ta dalekowschodnia sztuka walki jest moją pasją największą. Urzeka mnie w niej to, że nie jest ona jedynie sportem, lecz także sztuką życia, w której eksponu­je się skromność oraz szacunek dla dru­giego człowieka. Karateką trzeba być w domu, w pracy, wśród przyjaciół, a nie jedynie podczas treningów albo zawodów. Interesuję się również piłką nożną, a z ra­cji pasji mojej żony i córki - także żużlem.

Klub piłkarski, któremu sempai kibi­cuje to...

... Wisła Kraków, a żużlowy - GKM. Córka, przebywając na studiach w Toruniu, kibicuje obecnie Apatorowi. Ale ja tej drużynie nie zamierzam kibi­cować. Nigdy. Chociażby dlatego, że kiedy w pojedynku z nią GKM miał wejść do I ligi, komendant wojewódzki policji przerwał mecz. Byłem tym zda­rzeniem szczerze oburzony. Porównuję żużlowców do karateków. Oni też mu­szą szybko podejmować decyzje, dawać z siebie wszystko, a przy tym odznaczać się pewną finezją. W czarnym sporcie również należy wykazać więcej ducha walki niż techniki. Podziwiam Dadosa.

Spore wrażenie wywarła na sempai wi­zyta w domu „Wielkiego Brata” człon­ków kadry narodowej w piłce nożnej.

Było to ogromne przeżycie dla wszystkich mieszkańców. Kiedy zobaczy­łem Tomków Iwana i Hajto oraz Jurka Dudka, to aż mi serce mocniej zabiło. Niektóre dziewczyny dawały im nawet numery swoich telefonów komórko­wych, licząc na podtrzymanie kontaktu. Mnie ujęła najbardziej serdeczność tych ludzi. Sądziłem, że skoro są tak popular­ni, to z pewnością będą mieli w sobie chociaż odrobinę wyniosłości. A tu nic. Pytali, jak się czujemy, cieszyli się z nami i usiłowali nam zrobić jak najwięcej przy­jemności. Gonili z nami w błocie za pił­ką. Byli w tym wszystkim zupełnie naturalni. Tomek Hajto nie miał do mnie żalu za to, że podczas meczu skale­czyłem mu nogę. I chociaż tak naprawdę nie mam w życiu autorytetów, przed ni­kim łatwo nie skłaniam głowy, to jednak ci piłkarze zdobyli mój głęboki szacunek.

Nie chce sempai popularności, a jed­nak jest pan na nią skazany, bo telewizja oddziaływuje w sposób magiczny. Do­strzega pan pozytywne skutki sławy?

Nie biorę ich serio. Owszem, kiedy ludzie proszą mnie o autografy, rozda­ję je. Traktuję to jednak jako moją for­mę podziękowania tym osobom, które chciały, żebym z domu „Wielkiego Bra­ta” wyszedł jako zwycięzca. Głosowało na mnie sześćdziesiąt siedem procent telewidzów. Nie wystarczy więc powie­dzieć: „dziękuję”. Trzeba ludziom spra­wić chociaż odrobinę radości. Inna rzecz, że ta popularność może mnie bardziej zbliżyć do młodzieży, dla któ­rej odtąd nie będę już tylko strażnikiem miejskim, robiącym w szkołach poga­danki, lecz także Januszem z „Big Brothera”. Może dzięki temu w większym stopniu przekonają się do tego, że trze­ba dbać o rozwój swojej sprawności fi­zycznej, odrzucać pokusę zażywania narkotyków, picia alkoholu, segrego­wać śmieci i ogólnie troszczyć się o czy­stość swojego miasta. Gdyby tak się stało, byłbym szczęśliwy.

Marzeniem sempai było poznanie Wielkiego Brata. Udało się?

Tak. Wielki Brat jest naprawdę wielki, mężczyzną przewyższającym mnie wzrostem chyba o dziesięć centy­metrów. Budowę ma zwalistą, a przy tym cechuje go mądrość.

Dziękuję za rozmowę.


WOJCIECH SZCZAWIŃSKI


Artykuł z numeru Budo Karate (rok 2002):



data ostatniej modyfikacji: 2012-12-30 10:49:30
"Intensywny trening służy bardziej wyrabianiu stanowczości ducha i pokonywaniu własnych słabości niż rozwijaniu silnego ciała."
Twórcę stylu kyokushin sosai Masutatsu Oyamę (1927-1994) nazywano „Ostatnim Samurajem". Po trwających 11 miesięcy pokazach karate, które w latach 50. dawał w Stanach Zjednoczonych (m. in. demonstrując walki z bykiem, które zabijał uderzeniem ręki), dziennikarze nadali mu także przydomek "Boska Ręka".
Życie tego człowieka było niezwykłe i to nie tylko dlatego, że całkowicie poświęcił je samodoskonaleniu i popularyzacji współczesnej sztuki walki w jej duchowych i fizycznych aspektach.
Na zdjęciu prof. dr hab. Zbigniew Religa i sosai Masutatsu Oyama w czasie Pucharu Europy w Kyokushin Karate „Oyama Cup '93" rozgrywanego w Katowicach.
Wywiad z Masutatsu Oyama podczas pobytu w Polsce w 1993 roku.